Poltergeist. Przypadek z Enfield | Guy Lyon Playfair


Są książki o duchach, po których po prostu gasimy światło i odkładamy je na półkę.

Są też takie, które robią coś znacznie bardziej nieprzyjemnego.

Zostają z nami.

Nie dlatego, że były szczególnie krwawe. Nie dlatego, że autor wymyślił wyjątkowo paskudną istotę, która czai się w piwnicy. Nie dlatego nawet, że przeczytaliśmy coś, czego wcześniej nie znaliśmy.

Zostają, bo zaczynamy patrzeć trochę inaczej na własny dom.

Tytuł: Poltergeist. Przypadek z Enfield
Autor: Guy Lyon Playfair 
Seria: Nawiedzenia i opętania
Data premiery: 31/08/2021
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Replika

„Poltergeist. Przypadek z Enfield” – moja ocena

To nie jest książka idealna.

Czasami Playfair zbyt mocno angażuje się w obronę paranormalnej interpretacji wydarzeń. Momentami chciałoby się więcej dystansu, bardziej szczegółowego oddzielenia faktów od interpretacji i mocniejszego przedstawienia argumentów sceptycznych.

Ale byłoby niesprawiedliwe oceniać ją wyłącznie z tej perspektywy.

Playfair był uczestnikiem historii.

Jego książka jest świadectwem określonego czasu i określonego sposobu patrzenia na zjawiska paranormalne.

I właśnie jako takie świadectwo jest niezwykle interesująca.

Nie czytałbym jej jako dowodu.

Czytałbym ją jako dokument.

Nie traktowałbym jej jak instrukcji wyjaśniającej istnienie duchów.

Traktowałbym ją jak zapis wydarzeń, które dla uczestników były realnym doświadczeniem strachu, niepewności i zagubienia.

I przede wszystkim – czytałbym ją z otwartym umysłem, ale nie bezkrytycznie.

Bo w przypadku Enfield najciekawsze nie jest pytanie:

„Czy to był duch?”

Najciekawsze pytanie brzmi:

„Co naprawdę wydarzyło się w tym domu?”

I na nie nadal nie mamy odpowiedzi, która zamknęłaby sprawę raz na zawsze.


Ostatnia noc w Enfield

Kiedy kończę książkę, wracam myślami do początku.

Do zwyczajnego domu.

Do zwyczajnej rodziny.

Do pierwszych stuknięć.

Można sobie wyobrazić ten pierwszy wieczór.

Ktoś coś słyszy.

Wszyscy nasłuchują.

Przez chwilę jest cisza.

Potem znowu.

Stuk.

Ktoś mówi, że to nic.

Ktoś inny nie jest już taki pewny.

Sprawdzają pokój.

Nic.

Wracają.

Mija kilka minut.

I znowu.

Stuk.

To właśnie w takich chwilach rodzi się horror.

Nie wtedy, kiedy widzimy potwora.

Wtedy, kiedy jeszcze go nie widzimy.

Kiedy nie wiemy, czy w ogóle istnieje.

Kiedy możemy jeszcze powiedzieć sobie, że wszystko jest w porządku.

A jednak coś w środku podpowiada:

nie jest.

Być może właśnie dlatego historia Enfield przetrwała tyle lat.

Nie dlatego, że udowodniła istnienie duchów.

Nie dlatego, że wszyscy zgodzili się co do tego, co wydarzyło się w domu Hodgsonów.

Wręcz przeciwnie.

Przetrwała dlatego, że nie daje nam komfortu ostatecznej odpowiedzi.

Możemy być sceptykami.

Możemy wierzyć w zjawiska paranormalne.

Możemy uważać, że część wydarzeń była mistyfikacją, a część wynikała z naturalnych przyczyn.

Możemy godzinami analizować fotografie, nagrania i relacje świadków.

A kiedy skończymy, nadal pozostanie pytanie.

Coś wydarzyło się w tym domu.

Tylko co?

I chyba właśnie tutaj znajduje się prawdziwa siła książki Guya Lyona Playfaira.

Nie w odpowiedzi.

W pytaniu.

W tym jednym, niepokojącym pytaniu, które zostaje z nami długo po odłożeniu książki:

A jeśli pewnego wieczoru w naszym własnym domu usłyszymy coś, czego nie będziemy potrafili wyjaśnić?

Prawdopodobnie najpierw powiemy sobie, że to rury.

Potem wiatr.

Może sąsiad.

Może coś spadło.

Podejdziemy do drzwi.

Nasłuchamy.

Nic.

Odetchniemy.

Wrócimy do książki.

I wtedy usłyszymy to ponownie.

Stuk.

I właśnie w tym momencie zrozumiemy, dlaczego historie takie jak Enfield nigdy naprawdę nie umierają.

Bo człowiek może nie wierzyć w duchy.

Ale zawsze będzie chciał wiedzieć, co było po drugiej stronie drzwi.

Copyright © Paulina napisze , Blogger